Upić. Jakoś tak nie wchodziło. Zresztą po co? Przecież tańczyć nie będę, szlochać też nie mam zamiaru.
Wzięłam Deedee, pojechałam do kumpeli na noc, nagadałyśmy się za wszystkie czasy, w ostatnim czasie i u niej i u mnie wiele się działo. Pokazała mi zdjęcia ze ślubu wujka, z pobytu Norwega (nie wszystkie, broń bosz). Obgadałyśmy wszystkich i wszystko, nawet umówiłyśmy się na wycieczkę do Egiptu...
Dexter myślał, że pojedzie z nową klasą do Francji na 2 tygodnie w marcu. Buahaha! Jakby nawet było mnie na to stać, to najpierw sama bym wreszcie gdzieś pojechała. Ale nie ma mowy, bo w maju komunia.
No właśnie, komunia. Wczoraj było zebranie w szkole Deedee (należy do trójki najlepszych uczniów). W jej klasie jest 16 uczniów, niewiele więcej będzie przystępowało do komunii w naszej parafii. Jak Dexter szedł do komunii, to nawet tego specjalnie nie zauważyłam. Teściowa prowadzała go na nauki, które odbywały się w kościele po drugiej stronie ulicy. Jedynie ostatni tydzień był dość intensywny, ale bez przesady. Nie interesowało nas, kto posprząta kościół, kto ozdobi ławki, ile bierze organista za próbę. Miałam nawet wrażenie, że księża się cieszą, że tyle dzieci przystępuje do komunii.
Ale to było miasto.
Na wsi jest jeden ksiądz, 79 lat. Oraz pani katechetka. Przemiła osoba, ale jak dotąd nie włączyła się w przygotowania komunijne(nie licząc oczywiście tych wszystkich paciorków, prawd, aktów i inwokacji, z których odpytuje na "zaliczenie"). Ponoć jak się wtrąciła w przygotowania komunijne, to dostała po nosie od księdza. Ksiądz za to jest zainteresowany głównie tym, ile osób uczęszcza na mszę, bo to się przekłada na dochód. Tak więc wczorajsze zebranie było dość nerwowe, bo rzeczywiście dotarło, że jak sami nie zrobimy, to nie będzie. Na poprzednim zebraniu, w październiku, była propozycja, żeby zbierać już forsę co miesiąc, żeby nie było takiego obciążenia w maju. I tyle. Cisza. A mamy luty.
Jeśli chodzi o kwiaty - ktoś powiedział, że można pojechać do Renka i nakupować tego kwiecia. Mhm, już widzę. Ja na pewno nie będę się tłukła 2 x 40 km w komunijny poranek. Nie wybieram się do fryzjera, ale chciałabym jednak przynajmniej ułożyć włosy, sobie i Deedee. Alby - mogę odkupić od kogoś za 100, ale to alba nie szyta tutaj, tylko w mieście. Trochę będzie się różniła. Mnie to nie przeszkadza, ale już coś tam dosłyszałam, że niech jedna baba szyje, bo powinny być takie same. Wrrrr.
Dobra, zmieńmy temat.
Z obecnego karnetu zostały mi rowerki w środę i w poniedziałek. Potem robimy sobie przerwę do wiosny. Bo mnie ta zima dobije. W związku ze zbliżającym się końcem ćwiczeń oczywiście zachciało mi się odchudzać. Nigdy równocześnie nie potrafiłam. Wczoraj bardzo rozsądnie nie zjadłam na obiad ziemniaków ze schabowym, tylko ziemniaki ze śledziami (smażone w occie). Na kolację poskubałam pestek z dyni przy książce. No i dzisiaj ledwo dojechałam do pracy, tak mnie skręcało z głodu (pierwszy posiłek jem w pracy). A przecież wiem, jak zdrowo się odchudzać i schudnąć. Już raz to zrobiłam. I nie zabrało to aż tyle czasu - raptem cztery miesiące. Kurka wodna, co się ze mną dzieje? Nic mi nie wychodzi ostatnio.
Wystarczy, bo widzę, że czego nie zacznę, to kończę smęcąc.
Na zakończenie jedno pytanie - w teście Deedee napisała narzędnik od słowa "szyja" - SZYI. A Pani jej poprawiła na SZYJI. I teraz zgupiałam, bo ja też byłam przekonana, że SZYI. Jak pokazałam Pani, oczywiście półżartem, to Pani stwierdziła z niezbitą pewnością, że SZYJI. Kręcąc się tyle lat po necie straciłam trochę rozeznanie, bo za często widzę pisownię niepoprawną i czasem muszę się długo zastanawiać nad jakimś słowem (na przykład "zdąrzyć" - ulubione słowo internautów).
Jest na sali filolog?
Dziś rano Deedee patrząc z fotelika w samochodzie na zaloty jakiegoś kocura do naszej kotki (znowu dostała ruję, co podobno jest niemożliwe):
- Szkoda, że on nie wie.
- Czego nie wie?
- Że ona jest wysterylizowana, hihihi!
Gdyby ktoś chciał się pocieszyć, że nie ma aż tak bardzo przesrane, powinien zapoznać się z ostatnim tygodniem mojego życia.
Od razu by się pocieszył.
Chociaż i tak nie jest tak źle, jak by mogło być.
Zamiast mojego Taty mógł umrzeć m, co byłoby o wiele bardziej niesprawiedliwe.
Zamiast wyrzucenia ze szkoły Dexterowi mógł się zdarzyć wypadek i kalectwo, więc też nie ma co załamywać rąk.
W sobotę zamierzam się strasznie upić.
1. W czwartek do kumpeli przylatuje Norweg. Jak się dowiedział, że u nas jest -20 stopni, to powiedział, że musi wziąć więcej ubrań, bo u nich jest -5. "No, bo w samych sandałach może mu być chłodno" skomentowałam wczoraj na rowerkach.
2. Ostrzeżenie - nie jedzcie przed snem orzechów włoskich, bo to się rano kończy rewolucją październikową w kibelku. M tak miał przedwczoraj, więc wczoraj ja postanowiłam to sprawdzić. Całe szczęście, że miałam Stoperan w domu.
3. Dzisiaj, w dniu wywiadówki semestralnej synuś postanowił dla odmiany dać się przyłapać na paleniu w szkole. I nie, nie byłby sobą, gdyby nie zrobił tego spektakularnie, a mianowicie podpalając rolkę papieru toaletowego. Mam nadzieję, że kiedyś będę się z tego śmiać. Na razie mam własnego dziecka tak dosyć, że marzę o tym, żeby się wreszcie wyprowadził i dał mi święty spokój. "Ja palę?! Przecież wiesz, jak was zawsze zwalczałem z tym paleniem, jak nienawidzę papierosów"
Zakłamana gnida.
Oczywiście na oficjalnych zdjęciach ani widu tych uszu. Ale zrobię wam zdjęcie z filmu, to zobaczycie. Ludzie nie mają takich uszu.
A teraz coś z zupełnie innej beczki:

ZIMA

Czatowałam wczoraj z aparatem, bo warunki zdjęciowe były wymarzone.
Koty zaszywają się gdzie mogą i udają, że nie wiedzą, gdzie się chodzi na kupę

Kuweta co chwilę jest pełna. Tutaj akurat ta durniejsza z naszych kiciuniek myśli, że jak się nie będzie ruszać, to jej nikt nie zauważy w wózku dla lalek.
Mnie też się udało - wczoraj nie wystawiłam nosa z domu. Machnęłam ręką na basen i zaszyłam się na kanapie. Ćwiczę robótki na drutach. W sobotni wieczór uczyłam się ściągacza fantazyjnego, pół niedzieli robiłam tym ściegiem szalik, po czym się pomyliłam i wszystko sprułam. Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.
Ale za to wypróbowałam drugi z kilkunastu programów w mojej super wspaniałej maszynie do chleba - program do wyrabiania ciasta. Wymieszałam składniki na bułeczki śniadaniowe, wsadziłam do maszyny, za półtorej godziny wyjęłam pięknie wymieszane i wyrośnięte ciasto, uformowałam bułęczki, upiekłam i voila!

Przezornie zrobiłam z połowy składników i wszystko zostało pożarte na ciepło z powidłami śliwkowymi. Nie rozumiem tylko, jak to niektórzy robią, że mają te nacięcia na bułeczkach takie zgrabne? Ja nacięłam i co, popękały i tak. Ale były dobre :-)
Jakiś czas temu kupiłam sobie kokilki. Nie wiem, po co, ale mam. Cztery. Bo tyle było. Resztę dokupię za jakiś czas. Ja po prostu uwielbiam wszelkie naczynia do zapiekania.

Mają jakieś 6 cm średnicy. Na śniadanko ze zdjęcia upiekłam jajecznicę z szynką, serem i bazylią. Oczywiście tak wyglądały zaraz po upieczeniu, po wyjęciu z piekarnika natychmiast opadły smętnie :-D Ale i tak były dobre. A następnym razem będzie quiche.
Zrobiłam sobie również nastrojową dekorację i nawet wieczorami pamiętam o zapaleniu

W niedzielne popołudnie było już tak nudno, że dzieci odeszły nawet od komputera i Dexter robił Deedee zdjęcia:

Szkoda, że nie kazał jej umyć dzioba po kisielu jagodowym, byłyby ładniejsze zdjęcia

Jeśli chodzi o zdjęcia, to byłoby tyle.
Nałożyłam embargo emowi na alkohol, więc z nudów w wieczór sobotni wysprzątał schowek pod schodami. Skończył o pierwszej w nocy. Grunt, że ma chłop zajęcie.
Aaaaa, w kwestii pieczywa to nie wszystko. Zupełnie nieświadomie przyłączyłam się do akcji "Piekarni po godzinach" i w końcu nastawiłam zakwas na mące żytniej. Postawiłam na lodówce, bo to jedyne stale ciepłe miejsce w naszym domu, ale było mu za zimno. Dopiero na kominku ruszył. Muszę teraz poczytać u innych, jak go utrzymać przy życiu.
Obejrzałam parę filmów, ale nic nie polecę, bo raczej słabe.
Idę, bo mi się wena skończyła.
PS: Wszelkie zdjęcia zimowe zamieszczone w tym miesiącu zostały wykonane całkowicie bezpieczną techniką "przez okno", bez narażenia zdrowia fotografa oraz życia baterii.
Już dawno nie zdarzyło mi się, żebym oglądała film na stojąco.
A było to tak. Do prasowania postanowiłam coś sobie włączyć. Trochę odrzuciła mnie na początku facjata Liama Neesona, bo po pierwsze brzydki jest niemiłosiernie (te uszy!), a po drugie jak Oskar Schindler może grać w filmie akcji? No sami powiedzcie.
Ale.
Chodziło o porwanie córki, tatuś były agent itd. Uznałam, że to będzie najlepsze do zapchania czwartkowego wieczora przy prasowaniu. Fabuła trochę dla nastolatków, wiadomo, tatuś wszystkim da nauczkę i będą żyli długo i szczęśliwie.
Ale.
Od pierwszej minuty zżyłam się z tym nieco żałosnym facetem, który walczy o kontakt z córką i z góry wiadomo, że nie ma szans przy nowym, bogatym tatusiu. Potem akcja ruszyła z kopyta i już nie miałam czasu zastanawiać się nad niczym. Skończyłam prasować, podeszłam do kanapy i już tak zostałam. Z jakąż precyzją rozprawiał się z niedobrymi panami! Jakie znał sposoby na odnalezienie tych, o których mu chodzi!
Zazwyczaj sceny walki lub pościgu wykorzystuję na sprawdzenie, czy się nie pomyliłam w robótce. Tym razem robótki nawet nie wzięłam do rąk. Nawet nie mogłam usiąść na tej kanapie, bo tak mnie wciągnęło. Stałam, patrzyłam i czułam tylko że chyba mnie nogi bolą i że usiąść, ale zanim usiąść to coś tam, nie pamiętam co... i dalej stałam. Dziś lub jutro obejrzę to sobie jeszcze raz. I pokażę m, jemu też się spodoba.
Dobry aktor z tego Liama. I reżyser chyba też niezły. Idę sprawdzić, kto to był.
PS: Aha, film nazywał się Uprowadzona
Dwa swetry, kozaczki, golf i spodnie. Na razie wystarczy.
Kappahl zapunktował u mnie za spodnie ze zwykłym lub nawet podwyższonym stanem.
Dzisiaj jeszcze kosmetyki do makijażu i spokój. A, jeszcze kapcie sobie kupiłam - miały być włochate czerwone, ale jak zobaczyłam zgrozę na twarzy Dextera, to odpuściłam. "I ty to będziesz przy gościach nosiła???"
Dexterowi dostały się bojówki i t-shirt, zaś obie mężczyzny domowe zrobiły się bogate w skarpety, bo wiecznie wojna o te skarpetki. Kupuję im hurtowo, czarne, gładkie i jedną trzecią zjada pralka, a resztę wydzierają sobie z szuflad nawzajem.
Jestem już dziś po porannych zakupach w Tesco i coraz bardziej mi się to podoba - jako jedynej klientce o tej porze ;-) Wszystko zostawiłam w bagażniku, pora roku ma tę zaletę, że nawet mrożonki mogę kupić i zostawić na cały dzień w samochodzie. Tylko bułeczki wzięłam, teraz mi tu pachną, kurka wodna.
Po pewnych przepychankach słowno - erotycznych m wywalczył sobie większą antenę sat i nowy kabelek, dzięki któremu obraz nam się wyostrzył. Dzisiaj zamierzam się tym nacieszyć, chociaż zła jestem o te sześć stów niemożebnie.
Fajny film zaczęłam oglądać, dzisiaj go skończę. Nagrywałam go zupełnie bez przekonania, a bardzo mi się podobał. Ten.
Ale kasy puściłam w tym tygodniu...
A jeszcze w sobotę zamierzam zahaczyć o Klif...
obejrzane. W tym drugi raz księżna i drugi raz Max Payne. I Skarb Narodów 2 - po raz pierwszy. Ujdzie.
Również po raz pierwszy - Lektor. Ralph Fiennes chyba specjalizuje się w dłuuugich romansach... Ale za to w Lektorze zrehabilitował się wobec Kate Winslet za to, co zrobił Księżnej ;-)
W niedzielę Deedee na basen, a potem wielkie suszenie i na ślizgawkę, wypróbować nowe łyżwy od Gwiazdora :-)
Była bardzo zadowolona. Ja i kumpela mniej, bo w mokrych spodniach i butach stać na wietrze to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Ale zadowolona mina Deedee - bezcenna. W sumie dobrze wyszło, bo od wczoraj zmiana pogody, jak chyba wszyscy zauważyli. A w naszej dziurze to nie docenili za bardzo darmowego lodowiska, bo w niedzielne południe byłyśmy tam zupełnie same. Wczoraj nie było tam nikogo, jak jechaliśmy na rowerki.
Za to dzisiaj - ho ho ho, nadejszła wiekopomna chwila i jadę kupić sobie coś na dupę. Wiem, wrócę wk... jak sto diabłów na swoją grubą dupę, ale MUSZĘ kupić jakieś spodnie, buty, sweter, bluzkę, bo już naprawdę nie wypada chodzić do pracy jak dziadówa.
Dexter potrzebuje butów zimowych i zgubił czapkę. Kosmetyki mi się pokończyły. Także ten. Zabieram po pracy kumpelę (bez niej w życiu nic nie kupię) i Dextera i jedziemy.
Kończę, bo muszę jeszcze wyskoczyć na pocztę - wczoraj przez allegrowiankę nie wysłałam listów firmowych.
Update:
Udało się wysłać bez problemu tym razem. ufff.
Jadę.
Orsay i Kappahl - strzeżcie się! nadchodzę!
że się zmobilizowałam wczoraj i wysprzątałam sobie WSZYSTKO. No, okien nie myłam. A jak skończyłam, to zadzwonili znajomi, że wpadną :-)
A u mnie na stole świeczuszki się palą, wszędzie błysk. Herbatka się parzy. Chlebek dopieka.
A jeszcze bardziej szczęśliwa będę dziś, jak wejdę do domu a tam błysk :-)))
Bo teściowa i dzieciaki wybyły razem ze mną rano i niektórzy wrócą jutro, niektórzy pojutrze... Dzisiaj tylko ja, Deedee i m. Jaki spokój...
Żeby tak jeszcze mnie łeb nie bolał, do tego zatoki zatkane i okres. Ale damy radę. W planach oglądanie filmów, czytanie, szydełkowanie. Nawet gotować za bardzo nie muszę, dzisiaj zrobię na szybko makaron z ziołami, na jutro żurek z kiełbasą i styknie. Jak będę miała humor, to w końcu zrobię tę karpatkę.
Aha, słuchajcie, ktoś wreszcie zdołał to logicznie wytłumaczyć:
tu
RE WE LAC JA
I tyle na temat warunków atmosferycznych.
Ponieważ przedwczoraj nie miałam czasu, to obejrzałam tylko dwa filmy ;-)
"Chłopcy z Chatham" - zabawny i czuje się taki powieściowy klimat, zresztą nakręcony na podstawie książki. Piękne plaże... Co prawda przez cały czas byłam przekonana, że to się dzieje w Angli lub Irlandii, ale co tam.
"Pojedynek" - wielce czcigodny Michael Caine i Jude Law - mniej czcigodny i dziwny z urody, ale też nieźle gra. Błyskotliwy dialog dwóch aktorów, który się nie znudzi do samego końca, chociaż koniec mógłby być też zakręcony, a nie taki prosty. No i niesamowite wnętrze domu - mieszkać w takim czymś bym nie chciała, ale trochę pourlopować się - czemu nie? No i garderoba pani domu, mmmmmm.....
Wczoraj za to już naprawdę nie było czasu na nic, ale czuję, że w weekend sobie odbiję!
Jadąc do pracy widziałam temperaturę -19,5
Jakby było -20, to bym wróciła do domu. Szkoda.